- Tyle, że wolałabym mieszkanie w centrum. - mruknęłam rozglądając się po okolicy.
- Też coś się znajdzie.
- A co do cierpliwości, to jej nie mam, ale nie dam sobą pomiatać.
- Hmm, tyle że powinnaś być spokojna. Jeśli będziesz się na nich drzeć, prawdopodobnie wyrzucą cię z pracy. Muszą zdobywać, a nie tracić klientów.
- I mam dla pieniędzy dawać im traktować mnie jak... - Seeley nie dała mi dokończyć.
- Jeśli się na to nie zgadzasz to nie praca dla ciebie. - zaśmiała się.
- Nie ma innej pracy? - zapytałam z rezygnacją w głosie.
- Wolisz może pracować jako kasjerka? - spytała.
- Nie. Jakoś sobie poradzę.
Po chwili milczenia doszłyśmy na rynek, plac wyłożony kostką, na jego środku stał ratusz, obok kościół i fontanna, a wokół w arkadach pod kamieniczkami było mnóstwo sklepów.
- A właśnie, możesz zostać grajkiem ulicznym. - zaproponowała Seeley z uśmiechem.
- Naprawdę, wolę pracę w barze. - pokręciłam głową.
Spojrzałam w niebo. Było jasne, błękitne, słońce mocno świeciło, nie było widać ani jednej chmurki. I wtedy zaczęłam myśleć o Ameryce, o Beverly Hills, i o wszystkich, których zostawiłam, o rodzicach i przyjaciołach, o liceum, o marzeniach, o studiach. Przyjechałam tu uciec od codziennej rutyny, poznać nowe osoby i spojrzeć w oczy moim mocom. Nie wiedziałam do końca, czy to wszystko jest dobre i do czego to wykorzystam. Czy jest mi to potrzebne? Zasłużyłam na to? Dużo jest takich osób? Za wiele tych pytań, by na nie wszystkie odpowiedzieć, na niektóre się nie da, a na inne dopiero poznam odpowiedź...
<Seeley?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz